Blog > Komentarze do wpisu
New Delhi
Znów mała uwaga dla czytających bloga: Pojechałem do Indii jako zupełny żółtodziób, nigdy wcześniej nie byłem sam w tak egzotycznym kraju więc niektóre moje spostrzeżenia tym bardziej oblatanym i obytym w świecie mogą się wydać naiwne, ale może przydadzą się komuś kto też zaczyna przygodę z backpackingiem.
No to może po tych wstępach w końcu przejdę do relacji:)
W stolicy Indii wylądowałem późnym wieczorem. Wbrew temu co czytałem w internecie lotnisko w New Delhi nie jest takie przerażające. Owszem odbiega trochę poziomem od większości lotnisk, ale nie powinno być zaskoczeniem dla podróżnych z naszego kraju, syf podobny jak na Dworcu Centralnym. Kontrola paszportu i odbiór bagażu odbyły się szybko i bez problemu, moją uwagę zwrócili jedynie bagażowi którzy zrzucali walizki i plecaki z taśmy w taki sposób jakby musieli dotykać śmieci, ciągnąc np za jedną tasiemkę, nie zwracając w ogóle uwagi na to że walizki walą z wysokości o ziemię, a dalej przesuwając je głównie nogą. Nie chciałem uprzedzać się z góry i nie brać tego za regułę, ale późniejsze doświadczenia pokazały że niektórzy Hindusi w podobnie traktują turystów, jak widzą że nic u nich nie kupisz, albo nie skorzystasz z jakiejś usługi, zaczynają cię obrażać i z ostentacją traktować jak śmiecia.
Na lotnisku na początku wydobyłem kilka tysięcy rupii z bankomatu, a później znalazłem taksówkarza który na mnie czekał, a przynajmniej tak mi się wydawało, to był dopiero pośrednik który zaprowadził mnie do taksówki za co wyczekiwał napiwku i za co mu dałem dolara bo nie miałem jeszcze drobnych. Pokój na 4 noce zarezerwowałem już w Polsce w niezbyt tanim hotelu Grand Godwin, transport taksówką z lotniska też był już zapłacony i kosztował 450 rupii. (transport rikszą kosztuje ok 250 rupii, tzn ja tyle płaciłem później jak jechałem rikszą, ale jak już pisałem nie umiem się za bardzo targować)
Przyleciałem w nocy więc nie mogłem zbyt wiele zaobserwować po drodze. Ale i tak byłem trochę zaskoczony widokami i zapachami jakie do mnie docierały przez otwarte okna taksówki. Miałem wrażenie że jedziemy prosto w jakieś cuchnące slumsy z żebrakami śpiącymi na ulicy a nie do miasta w którym za chwile mam zając pokój w prawie luksusowym nowoczesnym hotelu. W końcu dotarliśmy na ulicę tętniącą mimo późnej pory życiem, ale równie brudną jak to co widziałem po drodze. Po zdjęciu w internecie spodziewałem się bardziej spokojnej i czyściejszej okolicy, ale zdjęcie było zrobione od piętra w górę nie ukazując tłumu rikszarzy, straganów z owocami ani ołtarzy z hinduskimi bóstwami, gdzie przy muzyce baraszkowały na dywanie dzieci. Z taksówkarzem nie było łatwo się rozstać bo uparł się że zostanie moim drajwerem na resztę pobytu, i wprost nie mógł uwierzyć że wolę na własna rękę zwiedzać miasto.
Podczas meldowania jeszcze parę ceregieli z uzupełnianiem formularza, który później jeszcze wiele razy miałem wypełniać, czyli skąd przyjechałem, na ile, gdzie jadę później, jak długo zostanę w Indiach itd.
Przy tym nie odstępował mnie ten natrętny taksówkarz, mimo że odmówiłem mu już chyba z 10 razy.
Okazało się też że pokoju Delux, który zamówiłem nie ma i jedna noc spędzę w Superdelux.
Z trzech kolesi pracujących w recepcji byłem wstanie zrozumieć tylko jednego, a i tak było ciężko, zaś kiedy prosiłem go o to żeby coś powtórzył, powtarzał jeszcze mniej wyraźnie niż przed momentem, co gorsza miałem wrażenie że bawi ich ta sytuacja. W końcu jednak mogłem pójść do pokoju wziąć prysznic i zwalić się na łóżko. Bałem się że z natłoku wrażeń ciężko będzie mi zasnąć ale zmęczenie było chyba większe i zaraz po napisaniu smsów do rodziców i znajomych zasnąłem.
Rano mimo różnicy czasów wstałem dość wcześnie, żeby zdążyć na śniadanie. Kuchnia znajdowała się na dachu hotelu, a potrawy i napoje podane były na szwedzkim stole, w czystych warunkach, także nie miałem obaw co do następstw spożywania tu posiłków. Pijąc kawę mogłem powoli przyzwyczajać się do odgłosów ulicy. W środku czułem zdenerwowanie i ciekawość tego co zobaczę gdy w końcu ruszę w miasto.
Po przeprowadzce z pokoju superdeluxe do deluxe (taki sam tylko bez pilota do telewizora) mogłem w końcu opuścić hotel.
Pierwszy kontakt z ulicami Delhi nie należał do przyjemnych. Ciężko było mi się przyzwyczaić do okropnego smrodu który trzeba wdychać przez cały czas. Jest to jakby mieszanka spalin, krowich odchodów, śmieci, jedzenia i ludzkiego potu. Okolice dworca kolejowego były pod tym względem chyba najgorszym miejscem. Drugą rzeczą która uprzykrzała mi samotny spacer z hotelu to ciągłe nagabywanie rikszarzy i właścicieli straganów, choć tych drugich mniej bo oni przynajmniej nie mogli za mną jechać ze swoim straganem. Ponieważ miałem tylko gównianą mapkę z przewodnika NG postanowiłem się zaopatrzyć w dokładniejszą, więc rozglądałem się za jakąś księgarnią. W ten sposób trochę na oślep dotarłem do dworca kolejowego. Widok setek ludzi rozlokowanych na podłodze, z których tylko część wyglądała na podróźnych, a znaczna część na żebraków jeszcze bardziej mnie zdołował. Przed wyjazdem postanowiłem nie dawać jałmużny, bo jak czytałem wystarczy dać jednemu żebrakowi a zaraz przybiegną inni. Jednak kiedy odmawiałem i odwracałem się plecami od tych chudych dzieci, albo kobiet z niemowlakiem na rękach, czułem potworny wstyd, a w gardle rosła mi buła. Później zmieniłem podejście i dawałem jałmużny tym których było mi najbardziej żal, i nie pamiętam żeby od razu otaczał mnie tłum żebraków, a nawet jakby to można ich po prostu obejść. Lepiej się czułem ze stratą jednej czy dwóch rupii albo batona, albo nawet fajki niż z tym poczuciem winy i wstydu.
Na dworcu kupiłem mapę Delhi, ale niewiele mi ona wyjaśniła, zresztą ulice są podpisane ale tylko na mapie.
Pierwszemu rikszarzowi który mnie zagadał, kazałem się zawieźć do Czerwonego Fortu. Zaśpiewał 80 rupii i nawet nie chciało mi się targować. Na miejscu dałem mu nawet 100 bo się strasznie namęczył zanim mnie zawiózł na miejsce, pod górę musiał wręcz zsiadać z roweru żeby go pchać a na miejscu lał się z niego pot. Postanowiłem więcej nie jeździć zwykła rikszą bo znów miałem wyrzuty sumienia, a po za tym coby nie mówić jest dużo wolniejsza od motorikszy. Przed fortem otoczyła mnie zgraja dzieci, nic im nie dałem "bo niemożna dawać".
Czerwony Fort zrobił na mnie dużo mniejsze wrażenie niż się spodziewałem. Zwłaszcza atmosfera typowo turystycznego miejsca odbiera chyba sporo uroku temu miejscu. Po za tym sam obiekt jest trochę zaniedbany, zaś muzeum armii hinduskiej robi wręcz komiczne wrażenie swoją nieudolnością. Tam też miałem do czynienia z pewnym zachowaniem które później miało się parę razy powtórzyć a mianowicie zostałem zaczepiony przez przewodnika, oferującego mi swoje usługi. Ponieważ nie chciałem wydawać dużo kasy, oraz i tak zależało mi głównie na zdjęciach, to mu odmówiłem. Po krótkiej rozmowie i dalszym zachęcaniu do swoich usług, kiedy zorientował się że i tak go nie zatrudnię gościu powiedział coś w stylu "po co ja w ogóle z tobą gadam, wy Polacy wszyscy jesteście tacy sami". Oczywiście to samo mówią do Francuzów czy Anglików, ale i tak zdenerwowało mnie to na tyle że później mówiłem zwykle ze jestem z kraju Lipa w Ameryce Pd. To nawet miało lepszy skutek niż myślałem, bo część natrętów dawała mi spokojnie odejść kiedy się orientowali że nie będę z nimi szczerze rozmawiał. Z Czerwonego Fortu chciałem dojść do Sadar Bazar, zapuściłem się w wąskie uliczki wzdłuż głównej alei Chandini Chowk. Co ciekawe w tych wąskich ale bardzo zatłoczonych uliczkach mimo, że byłem jedynym (naprawdę, nie spotkałem tam w ogóle turystów) obcokrajowcem, a może własnie dlatego, anie razu nie zostałem zaczepiony przez sklepikarzy. A wystarczy wyjść na Chandini Chowk, żeby nie móc się opędzić od rikszarzy i sprzedawców. W tych wąskich uliczkach poczułem się naprawdę w sercu miasta które żyje swoim niezależnym od turystów życiem. Tamte sklepy i bary nie były nastawione na turystów, to było zwykłe hinduskie miejsce handlu, pełne stoisk z guzikami, koralikami, materiałami, ubraniami, butami. Niestety nie odważyłem się tam zrobić zbyt wielu zdjęć, bo każde wyciągnięcie aparatu przyciągało ciekawy wzrok tym bardziej próba zrobienia zdjęcia komuś lub czemuś. W ten sposób dotarłem do meczetu Fatehpuri, który leży na końcu Chandini Chowk. Po zdjęciu butów Wszedłem do środka. Spokój i cisza wewnątrz meczetu były dla mnie przyjemnym zaskoczeniem. Tu także nie spostrzegłem innych turystów. Z trudem dotarłem po rozgrzanej posadzce pod drugą ścinę meczetu gdzie był cień. Tam już czekali na mnie ciekawi mojej osoby dwaj chłopcy, którzy przez pewien czas nie odstępowali mnie na krok. Musze przyznać że nie uwierzyłem w dobre intencje tych chłopców i potraktowałem ich bardzo nieufnie. Zamieniłem z nimi parę słów, ale generalnie unikałem rozmowy, bo obawiałem się że w zamian będą żądali ode mnie jakiegoś napiwku. Później przekonałem się że nie każdy hindus czegoś ode mnie chce, czasem zaczynają rozmowę bo są po prostu ciekawi. Chcąc wyjść z meczetu drugą bramą musiałem przejść obok szkoły dla dzieci, pod którą zresztą spotkałem innych chłopców którzy z linijkami w ręku pilnie coś rysowali w zeszycie wprost na ziemi i nawet nie zwrócili na mnie uwagi. Scena wydała mi się na tyle ciekawa że chciałem zrobić zdjęcie, ale znów nie miałem odwagi żeby zapytać słowami lub gestem czy nie maja nic przeciwko.
Po wyjściu na ulicę nie miałem już ochoty na dalsze zwiedzanie, Byłem zły na siebie że w taki idiotyczny sposób zachowałem się w meczecie. Na dodatek zaczepił mnie jakiś koleś podający się za policjanta, ale nie wyglądający. Kazałem mu pokazać dokument, na co ten wyciągnął wymięty kawałek papieru na którym ołówkiem narysowana była legitymacja. Nawet mnie to rozbawiło ale i tak jak najprędzej obróciłem się na pięcie i odszedłem żeby złapać riksze, bo jak na jeden dzień miałem już dosyć zaczepek jak się okazuje nie tylko handlarzy ale i dziwaków.
Kiedy dotarłem na róg ulicy na której znajdował się mój hotel, było już ciemno. Nie pamiętam ile zapłaciłem rikszarzowi ale chyba ok 100 rupii (100napewno) wiec tyle samo co za rowerową. Mimo późnej pory uliczka tętniła życiem, chyba jeszcze bardziej niż za dnia. Niedaleko hotelu odbywał się mały festyn ku czci jakiegoś bóstwa. Przed zbudowanym ołtarzem podobnym do naszych na święto Bożego Ciała, były rozłożone dywany na których do muzyki tańczyły albo po prostu wygłupiały się dzieci. Z boku siedzieli dorośli (możliwe że rodzice). Kiedy robiłem z dość dużej odległości zdjęcia podszedł do mnie młody chłopak który miał wózek z owocami naprzeciwko ołtarza. Prawdę powiedziawszy znów spodziewałem się jakiejś próby nakłonienia mnie do kupna, ale zostałem mile zaskoczony. Koleś widząc moje zainteresowanie festynem podszedł żeby pochwalić się że jego wujek przewodniczy tej ceremonii, wyjaśnił że jest to festyn na cześć boga Ganesy, zaproponował tez żebym podszedł bliżej i porobił fotki. Tym razem nie czułem że koleś oczekuje jakiegoś napiwku za swoją pomoc, po prostu był przyjazny.
Kolację zjadłem w hotelu. Po tym pierwszym dniu miałem niesłychany kołowrotek myśli i emocji w głowie. Zimne piwo na dachu hotelu wprawiło mnie jednak w lepszy nastrój.
Na drugi dzień po przebudzeniu, wróciły niestety nieprzyjemne myśli. Nie miałem ochoty przechodzić tego samego co dzień wcześniej, postanowiłem jak najszybciej opuścić Delhi. Pierwszego napotkanego rikszarza poprosiłem o dostarczenie mnie do Central Tourist Ofiice, i trafiłem oczywiście do innego Tourist Office. Mimo że czytałem że w takich wypadkach należy od razu zrezygnować nie zrobiłem tego i tak kupiłem bilet lotniczy i 3 dniowy pobyt w Shrinagar w Kaszmirze. Miałem już wtedy plan żeby stamtąd udać się autobusem albo jeepem do Leh. Za bilet i pobyt w Shrinagarze zapłaciłem 180 usd. W tym była też taksówka którą mogłem do końca dnia jeździć po Delhi. Zaznaczyłem kółkiem kika miejsc na mapie i ruszyłem z drajwerem w miasto. Na początek zaliczyłem największy meczet w Indiach Jama Masjid, który robi na mnie równie wielkie wrażenie, następnie pojechaliśmy pod India Gate (nic ciekawego), później park z grobem Gandhiego (również niezbyt ciekawe miejsce) i na koniec do przepięknej i olbrzymiej świątyni Akshardham która ciągle jest w budowie (niestety przy wejściu trzeba zostawić aparat w przechowalni jak i telefon oraz fajki). Kierowca wykorzystywał natomiast każdy postój żeby się zdrzemnąć. Przed powrotem do hotelu pojechałem jeszcze po bilet do biura w którym go kupiłem, a w hotelu sprawdziłem jeszcze na Bookingonline czy rzeczywiście jest taka rezerwacja, bo to biuro nie wydawało mi się do końca godne zaufania. Na szczęście miałem rezerwacje, więc wieczorem się wymeldowałem, a rano byłem już w samolocie do Shrinagar.

Widok z dworca kolejowego na ulicę, outdoor:)

meczet Jama Masjid

chłopcy w meczecie Jama Masjid

strażnik w Czerwonym Forcie

Czerwony Fort

Czerwony Fort

środa, 18 sierpnia 2010, olekpieta

Polecane wpisy

  • Autoreklama

    Jako Autor bloga pozwolę sobie na małe odstępstwo od tematu podróżniczego. Chciałbym mianowicie pochwalić się swoimi designerskimi pomysłami, z którymi wiążę pe

  • Na początek na koniec!

    Witam Jeśli ktoś trafił na mojego bloga i ma ochotę przeczytać go w kolejności chronologicznej to zapraszam od razu na sam dół strony, gdzie znajduje się pierws

  • Dolina Nubry

    <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } --> Dolina Nubry to wspaniałe miejsce, ico najlepsze nie jest wcale tłumnie ob

  • Agra

    Na początek parę słów wyjasnienia, dlaczego u nas tak cicho. Otóż... Nasi szanowni polscy opratorzy komórkowi czyli Plus, Orange i Play (bo takie karty sim tu p

  • Stare Delhi

    Pisząc w skrócie, Delhi dzieli się na "Stare" i "Nowe". Stare Delhi to zamieszkane głównie przez muzułmanów miasto pełne wąskich bazarowych uliczek, gdzie z tr

Komentarze
2010/08/19 16:00:33
Piękne zdjęcia,piekne klimaty,wiesz,troszke Ci zazdroszcze...
-
dr_ewa999
2010/08/19 16:14:54
WQspaniała relacja, czytałam z zapartym tchem, zawsze marzyłam o zwiedzaniu Indii tak jak Ty, prywatnie nie z biurem podróży. Może kiedyś zrealizuję swoje marzenie ;))
-
2010/08/20 12:34:28
Gospodarza blogu nie ma:( ale mam pytanie do Ciebie Ewo,lubisz kino bollywoodzkie?
-
padma
2010/08/20 14:02:41
Ciekawa relacja, będę śledzić następne odcinki:) I tak tylko chciałam dodać, że to dość częsta postawa, rezygnowanie z usług riksiarzy rowerowych, bo jest nam głupio ich tak wykorzystywać. Warto jednak zdać sobie sprawę, że są oni przeważnie biedniejsi niż motoriksiarze, i być może warto dać im zarobić przede wszystkim. A z innej beczki, kiedyś zaproponowaliśmy ze znajomymi takiemu riksiarzowi, że go przewieziemy na jego rikszy, kolega wsiadł na rower, a riksiarz usiadł z tyłu, była sensacja na całe miasteczko:)
-
2010/08/20 16:00:54
Świetny blog! a ja mam pytane: polecacie samotną wyprawę do Indii samotnej kobiecie? myślicie, że jest to bezpieczne? jakieś doświadczenie jako backpacker z Azją mam, ale wtedy jeździłam z przyjacielem (Tajlandia, Laos, Kambodża - tam spotykaliśmy samotne dziewczyn - podróżniczki, a ich relacje były pozytywne). teraz mam niewielkie szanse kogokolwiek wyciągnąć, a ciągnie mnie jeszcze do Indii czy Wietnamu. ma ktoś jakieś informacje na ten temat?
-
2010/08/20 16:39:24
Fajny opis... ale. Bylismy z mezem w czerwcu w Delhi. Zwiedzalismy te same miejsca. Nie pamietam smrodu. Bylo sucho, brudno, szaro i STRASZNIE GORACO- +45 Celsjusza z wysoka wilgotnoscia. My z kolei bylismy zaskoczeni, ze nikt "nie napadal nas" aby cokolwiek kupowac. Lotnisko jest biedne, ale mozna wytrzymac. Stacja kolejowa zaskoczyla mnie, ze jest bardzo mala jak na stolice tak duzego kraju. Jechalismy sypialnym "Golden Temple" do Amritsar, a pozniej malym "busem" do Dharmasala, Manali, Keylong i w koncu Leh. Cala wyprawa trwala 3 tygodnie. Bylo wspaniale. Ludzie niesamowicie mili i uczynni. W Malym Tybecie jesli ktos kradnie to nie jest to osoba z Tybetu.
Senopia 1- Raczej radze wybrac sie z kims, chyba ze jestes bardzo niezalezna i odwazna. Maz i ja mielismy przewodnika z klubu "africaline". Szkoda, ze nie dolaczylas do nas.
-
2010/08/20 23:52:02
Indie są przytłaczające i myślę, że każdy, zwłaszcza podczas pierwszych dni będzie miał swój własny prywatny szok. Mimo przeczytanych książek, forów internetowych (świente jest anglojęzyczne india mike forum) i filmów na youtube, to nie to samo. Ale warto, po tysiąckroć warto.
A tutaj nasza skromna pamiątka z podróży:
zmywak.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?636348
-
2010/08/21 10:40:55
ehi
a ja jade sama za 2 tyg i juz nie mam sily panikowac
super ze wpadlam na tego bloga z jednej strony
a z drugiej to hmmm szkoda ze tylko te pare wpisow
bo pochlonelam wszystko jak biblie :)
pozdrawiam
-
2010/08/22 21:27:19
Przepraszam "mimoza" ze od razu nie odpisałem, postaram się poprawić. Dzięki tobie i innym za miłe komentarze, tym bardziej że nie jestem mistrzem pióra. Co do tego smrodu to pewnie każdy odczuwa to inaczej, najbardziej jest odczuwalny na ulicy w tłumie ludzi i zwierząt, a nie w ogrodach Czerwonego Fortu czy w meczecie. Mnie na początku ta specyficzna woń spalin, krowich placków, śmieci, i kadzideł bardzo odrzucała, ale po kilku tyg jak wróciłem do Delhi to prawie jej nie czułem. Co do naganiaczy to też myślę że nie każdy ma po równo, myślę że w tej sytuacji gorzej ma osoba która jest sama, bo stanowi łatwiejszy łup, nie ma z kim przedyskutować by podjąć właściwą decyzje. Gorzej tez jest przerwać takiemu naganiaczowi, przechodząc np. do konwersacji z druga osobą w obcym języku i przestając zwracać na niego uwagę. Myślę ze oni też zdają sobie z tego sprawę i dlatego bardziej przykładają się gdy widzą że ktoś jest sam. Dlatego osoby samotnie wybierające się w podróż powinny przygotować się na częste zaczepki. Osoba wdająca się w rozmowę zaczynającą sie od niby niewinnych pytań typu: skąd jesteś? jak masz na imię? kiedy przyjechaleś? czy jesteś sam? ryzykuje niestety tym że w pewnym momencie będzie musiała w niemiły i stanowczy sposób zakończyć rozmowę z delikwentem który uważa się już niemalże za naszego przyjaciela, i da nam odczuć jak bardzo go zawiedliśmy. To wynika z moich doświadczeń. Ale to też chyba kwestia jak twardą skorupę mamy, tudzież jak silną psychę, od tego zależy jak to odbieramy i jak reagujemy, a w rezultacie jak się takie zaczepki kończą. W moim przypadku nie obyło się bez wtopy, o której zresztą zaraz napiszę. Niektóre rzeczy pewnie też wyolbrzymiałem, ale to dlatego że byłem pierwszy raz w roli backpackera. Odpowiadając senopii, powiem że spotkałem przypadkiem w autobusie z Leh do Manali dziewczynę z Polski, na drugim roku studiów, która sama podróżowała. Zrobiło to na mnie wrażenie więc jak widać się da. Wcześniej była na praktykach w jakiejś firmie w Indiach więc może to ja trochę przygotowało do spotkania z rzeczywistością tego kraju. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo o chyba nie ma dużych powodów do obaw, chociaż ja się bałem o moje znajome które same podróżowały na stopa przez "cywilizowana" Europę, a co dpiero wyjazd do Indii. Myślę że dobrze jest znaleźć sobe jakieś towarzystwo jak nie w kraju to chociaż na miejscu. Ostatnią kwestią chociaż tak naprawdę chyba pierwszą jest to jak nasza głowa zniesie to że jesteśmy sami przez cały czas, setki kilometrów od domu, z biletem powrotnym za 3 tygodnie. Jesteśmy sami od śniadania do kolacji, sami łazimy po mieście, sami jemy sami przegladamy fotki jakie cyknęliśmy itd. Kontakt ze znajomymi tylko przez webgg maila badz smsa. Im wcześniej nawiążemy jakieś znajomości z innymi turystami tym lepiej. No chyba że ktoś woli taką izolacje to wtedy ma świetna okazję na bycie tylko ze sobą bo w milionowym tłumie Hindusów można się czuć bardziej wyalienowanym niż samemu na szczycie góry.
-
2010/09/13 10:56:06
A propos N Delhi- smrodu nie pamietam -poza Starym Delhi a poruszałem sie glównie tuk tukami ;umawiałem sie z jednym kierowcą po wcześniejszym upewnieniu się że dobrze rozumie po angielsku! i ustalalismy dzienna stawkę.Tak mogłem jeżdzić od 8/9 rano do wieczora(z przerwą na obiad(prysznic).
Indie są fajne - i połnoc i poludnie,Rajastan ....
pozdrawiam
-
2010/09/14 16:35:03
tez kiedys na swoj sposob opisalem pobyt w Dehi na paharganju :)
ontheroadforever.blox.pl/2009/12/Na-Paharganju.html

pozdro