Blog > Komentarze do wpisu
Shrinagar (Kaszmir)
Odprawa na lotnisku w Delhi trwała dość długo, najpierw kontrole przeszły bagarze ,później z oznaczonym specjalną taśmą plecakiem mogłem iść do odprawy. Przed wejściem do samolotu, zostałem jescze wezwany do pomieszczenia gdzie miałem wskazać swoj plecak, dzieki temu mniej obawiałem się że mogłbym wylądować na miejscu bez bagaży.
Niewielkim samolotem do Shrinagar leciało może z 50 osób głównie Hindusi. Dostałem miejsce przy oknie i już zacierałem ręce na myśl że z okna ujżę może nawet Himalaje, ale szybko przekonałem się że przez grubą warstwę chmur nie zobaczę niczego.
Na miejscu leje, miasta nie widać, na pustkowiu stoi barak, wokół niego ogrodzenia z drutu kolczastego i samochody wojskowe, a w głowie pojawia sie pytanie czy aby napewno ląduję we właściwym miejscu.
Na zewnątrz jest dużo chłodniej niż w Delhi. Na lotnisku odnajduje mnie gospodarz houseboatu imieniem Ramid. Od początku robi na mine neprzyjemne wrażenie, gdyż szczerzy zęby w fałszywym uśmiechu który znika gdy tylko odwrócę od niego wzrok, jakby zmieniał maskę co 10 sekund. Po wypełnieniu formulaża,o którym już pisałem poszliśmy do samochodu. Po drodze mijamy jescze wiele posterunków wojskowych, jak sie też okazało w mieście wciąż dochodzi do zamieszek wszczynanych przez muzułmanów niechętnych budowie osiedli Hindu na terenach muzułmańskich. A ja mimo że napięcie wisi w powietrzu jadę z trójką hindusów z których dwóch sądząc po nakryciu głowy to muzułmanie w nieznaym kierunku. W dodatku jest Ramadan, a z telefonu nie mogę nawet wysłać smsa.
W końcu dotarliśmy na miejsce gdzie były zacumowane houseboaty, niektóre z nich nazwane bardzo na wyrost np. "Buckingham Palace" Zanim jescze dostałem pokój zostałem zaproszony na herbatę, na którą nie powinienem był się zgadzać, przy której gospodarz od razu przeszedł do offensywy i zaczął namawiać mnie na wycieczke w góry, a kiedy dowiedział się że dalszym etapem ma być Leh, postanowił też zająć sie zorganizownaiem jeepa i noclegu w Kargil i Leh. Na samotną wyprawę w góry z hindusami nie chciałem się zgodzić, tak samo na transport do Leh w nieznanym towarzystwie. W trakcie rozmowy wyszło że nazajutrz w góry wyrusza pewien Francuz który mieszka na łodzi obok, a za 4 dni do Leh jedzie dwójka Anglików, z którymi mógłbym jechać.
Pzed podjęciem decyzji poszedłem zobaczyć sie z moim przyszłym towarzyszem górskich wycieczek, który okazał się na tyle sympatyczną osobą że w rezultacie wspólnie później odbyliśmy niemal cała drogę. Zaś w tym momencie nie mając zaufania do naszego gospodarza zaczęliśmy rozmawiać po francusku co skonczyło sie tym że nasza rozmowa została przez tegóż przerwana, chyba z obawy przed tym żebyśmy przypadkiem nie wymienili informacji o cenach. W rezultacie grubo przepłaciłem za całą zabawę czyli wyjście w góry, którego tak naprawdę nie miałem nawet w planie, oraz transport do Leh, na dodatek dałem się oszukać przy przeliczaniu z euro na rupie z czego zdałem sobie sprawę znacznie później, jak się dowiedziałem ze innych też to spotkało.
Kładłem się spać w podłym nastroju, zły głównie na siebie, poza tym nie chciałem już oglądać gęby Ramida. To był najgorszy moment wyjazdu, zastanawiałem się nawet czy nie wrócić do Delhi i ew. do Polski. Nerwy oraz dobiegające z kilku meczetów do samej północy modły, które bardziej przypominały wycie stadionowych kibiców, niz kołysankę nie dawały mi zasnąć. W tym momencie bardzo przydała sie mp3ka, a dzwieki Orbitala zdołały mnie jakoś ukołysać do snu. O świcie czułem się nieco lepiej, postanowiłem zostać, ostatecznie za parę dni miałem znaleźć się w Leh, czyli miejscu do którego dążyłem.
Nazajutrz pojechaliśmy w góry z Fredem gdzie spędziliśmy 3 dni w wiosce zamieszkałej przez hinduskich Cyganów.
Ludzie tam mieszkający są z tego co wiem potomkami tego samego ludu który półtora tysiąca lat temu uciekając przed muzułmańskimi najeźdźcami dał początek błąkającym się teraz po Europie Romom (ludziom bez ziemi), ale wbrew nieciekawym opiniom na temat tych ostatnich, Cyganie z Kszmiru okazali się ludźmi otwartymi, prostymi i życzliwymi, i w przeciwieństwie do dotychczas poznanych ludzi nie czuć było z ich strony tak typowego dla większości hindusów z branży turystycznej traktowania turysty jak chodzący portfel. Większość z nich zajmuje się hodowlą bydła na wysokich halach, a w tym okresie sprowadzali bydło w dolinę.
W górskiej chacie tych hinduskich baców jest tylko jedno pomieszczenie a w nim, kuchnia sypialnia i zagroda dal kóz. 
Zima większość z nich mieszka we wsi w zwykłych domach z cegły urządzonych jednak wedle tamtejszej modły czyli z dużą ilością dywanów, gdzie jedynym meblem jest wieszak na kurtki. Ma to swoje dobre strony, bo można dowolnie aranżować przestrzeń, w tym samym miejscu gdzie przed chwilą jedliśmy obiad, już za pięć minut możemy ucinać poobiednią drzemkę. 
Z powodu kiepskiej pogody na trzy dni pobytu tylko raz wyszliśmy w góry, robiliśmy więc spacery po okolicy, łowiliśmy pstrągi mając tylko kawałek żyłki i haczyk. A po południu jedliśmy obiad gotowany przez naszego przewodnika oraz graliśmy w karty popijając gin, i paląc skręty z haszyszem, które jak się okazało najlepiej wychodziły Fredowi wiec skręcał wszystkim. (Jeśli chodzi o marichuanę i robiony z niej haszysz to w Kaszmirze są to środki chyba bardziej popularne od tytoniu, bo konopie rosną dziko niczym chwasty nawet w mieście, a w górach były całe połacie tego zielska, tak ze czasem idąc ścieżką gęsto obrośniętą z obu stron krzewami konopii można było stracić równowagę:) Wracając do wieczornych nasiadówek z naszym i kilkoma innymi przewodnikami oraz parą z Izraela -Inbal i Avim, to oprócz pokera na zapałki graliśmy w makao (nigdy bym nie przypuszczał że to taka międzynarodowa gra).
Po tak miłym pobycie nie chciało mi się wracać na houseboat by znowu spotkać Ramida. Od młodych chłopaków z wioski dowiedziałem się że za zorganizowana wyprawę w góry taka kilkudniowa z końmi namiotami jedzeniem biorą tysiąc rupii za dzień, ja za te 3 dni zapłaciłem Ramidowi chyba  7 tysięcy.
Po powrocie na houseboat spotkałem się z Jonem i Mirandą, przefajnymi ludźmi, z którymi od początku było niezwykle zabawnie i nie do końca na serio co mi bardzo odpowiada.
Następnego dnia zostaliśmy jescze w Shriangar gdzie zrobiliśmy sobie wycieczkę łodzią po jeziorze, odpierając ataki handlarzy złotem, którzy dosłownie ścigali nas swoją łodzią uzbrojeni w czarne teczki z bizuterią.
Kolejny dzień to niezwykle męcząca bo ponad 15 godzinna podróż jeepem do Leh. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Kargil na obiad do którego zamówiliśmy piwo. Po chwili konsternacji ze strony obsługi dostaliśmy trzy Kingfishery ale musieliśmy je pić ze szklanek owiniętych papierową torebka a butelki również zapakowane w papier trzymać pod stołem, mimo że byliśmy jedynymi klientami restauracji.
Wieczorem byliśmy w Leh a na drugi dzień, dojechali Fred, Inbal i Avi.

Houseboaty i sprzedawcy na łódkach

Woda oczyszcza, dlatego śmieci wrzuca się do jeziora:)

Wioska cyganów w górach

Rodzina u której mieszkaliśmy

Chłopak znoszący rzeczy z hal

Dziecko gospodarzy

Przyprawa do zupy

poniedziałek, 23 sierpnia 2010, olekpieta

Polecane wpisy

  • Autoreklama

    Jako Autor bloga pozwolę sobie na małe odstępstwo od tematu podróżniczego. Chciałbym mianowicie pochwalić się swoimi designerskimi pomysłami, z którymi wiążę pe

  • Na początek na koniec!

    Witam Jeśli ktoś trafił na mojego bloga i ma ochotę przeczytać go w kolejności chronologicznej to zapraszam od razu na sam dół strony, gdzie znajduje się pierws

  • Dolina Nubry

    <!-- @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } P { margin-bottom: 0.21cm } --> Dolina Nubry to wspaniałe miejsce, ico najlepsze nie jest wcale tłumnie ob

  • Bajrangi Bhaijaan - 2015

    Gubi się mała dziewczynka niemowa z Pakistanu, w Indiach. Wiadomo jak żyją te dwa kraje ze sobą, w nie najlepszych stosunkach. Dziewczynką postanawia się zająć

  • Sprawa granic i bezpieczeństwa

    Podczas wjazdu do Indii wypełnia się następujący druczek: Nie zwracałem na niego uwagi, ale ostatnio przyjrzałem mu się dokładniej. Zawiera on standardowe infor

Komentarze
2010/08/23 11:49:31
Witaj,dobrze ,ze jest ciąg dalszy:)Przeczytalam Twój tekst i doszlam do smutnego wniosku,ze przy moim braku asertywności ,nie powinnam sie wybierac do Indii na samotną wyprawe,tylko na wycieczke zorganizowaną przez biuro podrózy.
-
2010/08/23 14:19:09
Nie chcę żebyś odniosła wrażenie ze jest tam aż tak strasznie, może po prostu miałem takie szczęście, ze trafiłem do takiego biura, a później, przez to biuro do takiego wrednego kolesia. Nie tylko ja jako żółtodziób dałem się naciągnąć, ale nawet ludzie, którzy wiele więcej podróżowali po świecie, jak ta para anglików o których pisałem. Wcześniej zwiedzili prawie całą Amerykę Południową i powiedzieli że nigdy jeszcze nie spotkali tak perfidnej osoby. A pewnie wiele ludzi którzy pojechali tam pierwszy raz miało szczęście spotkać uczciwe osoby i wrócili bez takich przykrych incydentów. No w każdym razie dalsza podróż była już o wiele przyjemniejsza i bez wpadek tego typu. Naprawdę cieszę się że mimo wszystko kontynuowałem podróż, bo straciłbym naprawdę wiele wspaniałych przeżyć gdybym się wtedy poddał.
-
2010/08/23 16:05:55
Tak,wiem,ze wszędzie znajdzie sie ktoś ,kto swoją natarczywością czy chciwoscią może zniechecić,dobrze,ze sie temu nie poddałeś:)Czy podczas podrózy znalazłes swoje magiczne miejsce?
-
2010/08/23 16:29:31
Ciekawi mnie jeszcze ,jak się mieszka na takiej łodzi,jakie tam panują warunki,czy jest np.łazienka? Oj,pewnie sobie pomyslisz,kobieta,kobieta...:)
-
2010/08/25 18:40:52
Jak dla mnie niestety dyskwalifikują autora (jako osobę, która pisze coś w "eter") błędy ortograficzne (formularz przez "ż"), które w dobie modułów sprawdzania pisowni w nieomal każdym edytorze tekstu czy przeglądarce nie wystawiają dobrej oceny autorowi. Dodatkowo błędy typograficzne (brak odstępu po przecinku) i merytoryczne (miasto to to w polskiej transkrypcji: Śrinagar). Jak dla mnie, jeśli już ktoś zabiera się do publikowania czegoś w internecie powinien mieć świadomość, że przez jego ignoranctwo cierpi język polski a także i wiele osób, które czytają błędnie napisane teksty. Nb. komentarze mimmozy wyglądają jeszcze gorzej...
-
2010/08/25 23:38:38
Jeśli mam być szczery to ja, tez cierpię jak czytam swoje teksty, ale raczej ze względu na styl:) bo na błędy nie zwracam uwagi jako dyslektyk, i mnie one nie rażą, dlatego też nic nie mam do komentarzy mimozy. Postaram się jednak poprawić i skorzystać z twojej rady, tzn używać jakiegoś programu do sprawdzania pisowni.
Z drugiej strony jak sama zauważyłaś piszę to w internecie, w blogu, a nie w wikipedii, więc jeśli zdarzają mi się jakieś wtopy typu zła transkrypcja to nie uważam tego za grzech śmiertelny, gorsze rzeczy ludzie wrzucają do internetu. Sadzę że większość i tak wie o jakie miasto chodzi. Nie chcę bronić pisania z błędami, ale uważam że czasem lepsza taka relacja niż żadna jeśli zawiera coś nowego. Komuś może się przyda.
-
2010/08/26 10:48:00
Pewnie istnieją blogi dla polonistów,radzę poszukać a przytyki zostawic sobie.