RSS
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Na początek na koniec!
Witam
Jeśli ktoś trafił na mojego bloga i ma ochotę przeczytać go w kolejności chronologicznej to zapraszam od razu na sam dół strony, gdzie znajduje się pierwszy wpis. Kolejne są coraz wyżej.
Życzę przyjemnej lektury:)
Zapraszam także do bloga w którym znajdziecie relację i zdjęcia z wyjazdu do Chin: www.wyprawadochin.blox.pl
oraz do aktualnie piszącego się bloga  o Argentynie
Troche inne zdjęcia (choć nie wszystkie) wybrane poźniej i w sepii można obejżec TUTAJ
I jescze mail: tokaj@o2.pl
Zapraszam też na stronę:
www.fajne-miejsce.pl
gdzie znajdziecie trasę całej wycieczki naniesioną na mapę google.

16:34, olekpieta
Link Komentarze (2) »
Powrót do Delhi i do domu.
 Ostatnie dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu tego czego jeszcze nie widzieliśmy w Delhi: Mauzoleum Humajuna, Świątynię Lotosu, Kompleks Qutub. Mój paniczny strach jaki mnie dopadł gdy wysiadłem z samolotu w Delhi całkowicie zniknął. Nie przeszkadzał mi już tłum, hałas, smród i zaczepki, jakoś sie na to wszystko uodporniłem. Tuż przed moim odjazdem zjedliśmy jescze z Fredem obiad w kanjpeczce i poleciałem łapać rikszę na lotnisko. Fred miał zamiar kontynuować podróż aż do Nepalu. Mimo ciężkich chwil jakie przeżyłem na początku wyjazdu, nie zraziłem się do podróżowania, wręcz przeciwnie, od tamtego wyjazdu moja tęsknota jeszcze się wzmogła. Dzięki wszystkim którzy przeczytali i skomentowali mój blog.








16:22, olekpieta
Link Dodaj komentarz »
Haridwar i Rishikesh
Wstałem wcześnie obudzony śpiewami Sadhu, którzy jak się okazało usiedli rządkiem pod samym hotelem z wyciągniętymi miskami, a jakaś postać szła z kotłem i coś tam do niech nakładała. Na sąsiednim balkonie spostrzegłem małpę, ale jak wróciłem z aparatem gdzieś już znikła, ale przynajmniej wiedziałem że lepiej nie zostawiać otwartych drzwi balkonowych, nawet na 3im piętrze. 3dniowe ulewy ustały. Przed wyjściem z hotelu biorę tabletkę na żołądek, bo nawet te dwie polecane przez LP restauracje wyglądają tak sobie. Nie widać zbyt wielu turystów, wiekszość raczej stanowią pielgrzymi hinduscy. Nie jesteśmy też wcale tak bardzo zaczepiani jak miało to miejsce w Delhi. Pierwszą rzeczą którą idziemy załatwić to kupno biletów. Najpierw trzeba wziąć ze specjalnego okienka druczek gdzie wypełnia się datę wyjazdu, miasto do którego się chce jechać, imię, nazwisko, nr paszportu. Z tym druczkiem dopiero się staje w mega kolejce po bilet i godzinka z głowy. Bilet do Delhi kosztował 100 rupii. Później idziemy nad Ganges, tutaj pierwsza próba naciągactwa, że niby trzeba kupić bilet na pobyt na brzegu rzeki. Panowie wyglądają bardzo oficjalnie, mają wydrukowane formularze, są bardzo natarcywi i straszą policją jak się ich wysyła do diabła. W tym momencie zaimponował mi przewodnik LP Freda, bo przestrzegał przed tymi oszustami. Zastanawiam się teraz jak to jest możliwe że w tym świętym miejscu, pełnym świętych ascetów, bujają się całkiem oficjalnie tacy oszuści i nikt im nic nie powie. Poszliśmy na główne schody schodzące do rzeki. Fred kupił jedna z liścianych łódeczek by puścić ją na wody Gangesu w jakiejś swojej intencji. Później wybraliśmy się do Mansa Devi Temple. Świątynia bogini Manasy znajduje sie na wysokim wzgórzu na które można dotrzeć na dwa sposoby. Albo nie budzącą zaufania kolejką linową przypominającą bardziej urządzenia z obwoźnego lunaparku niż poważny środek transportu, albo długimi krętymi schodami, wzdłuż których spotkamy nieskończoną ilość żebraków, grajków, sadhu, straganiarzy itd. Trzeba wszystkiego uważnie pilnować zeby nie zostać okradzionym przez zwinne małpy, które siedzą na murku wzdłuż schodów i tylko czekają żeby coś wyrwać gapowatemu turyście, tak właśnie Fred stracił reklamówkę z jedzeniem. My weszliśmy po schodach zjechaliśmy zaś kolejką. Na górze przed wejściem trzeba zostawić buty, a później poruszać się niczym na taśmie w okropnie ściśniętej kolejce wzdłuż kolejnych ołtarzyków, przy których należy zostawić trochę grosza. Warto mieć zatem ze sobą sporo drobnych. W Haridwar co jakiś czas można spotkać kogoś z deską na której ma poukładany bilon, i zamienić sobie banknoty na monety. Bardzo się to przydaje przy takiej ilości żebraków, jak się później okazało w Delhi też raczej nikt się nie obrazi jak się mu daje symboliczna raczej rupię.
Drugiego dnia pojechaliśmy do kolejnego świętego miasta Rishikesh, który znajduje się niedaleko. Najbardziej wypatrywałem jakichś śladów pobytu Beatlesów ale żadnej pamiatkowej tablicy czy informacji tego typu nie znalazłem. Następnego dnia rano siedzieliśmy już w pociągu do Delhi.












14:43, olekpieta
Link Dodaj komentarz »